Popular Tags:

Pasja vs. Obowiązek

1 marca 2014 at 00:24

Notki pojawiają się – jak widać – raz częściej, raz rzadziej. Ma to związek z tym, że zabrałem się na poważnie za pisanie magisterki i choć dzień w dzień okupuję kompa, robię się przy tym dosyć monotematyczny.

Chwilowo przestałem nawet zwracać uwagę na newsy z branży, bo co mi po wieściach o premierze Thiefa, jeśli zwyczajnie nie mam czasu go sprawdzić? No, może inaczej – czas by się znalazł, ale nastawiony na naukę mózg buntuje się, ilekroć wgapiam się w monitor w innym celu, a na klawiaturze zbyt często wciskam WASD.

Sytuację komplikuje fakt, że tematem mojej pracy magisterskiej są gry wideo. Zawężając: język recenzji gier wideo. Jeszcze wężej: recenzje z „CD-Action” i „PSX Extreme” wydanych w 2013 roku. Biurko mam dosłownie zawalone egzemplarzami ww. czasopism, z których sumiennie wynotowuję co ciekawsze cytaty. Jest tego od groma i nie wiem, czy cieszyć się z tego, czy nad tym płakać, bo z jednej strony potencjalna praca bogacieje (?), z drugiej jej biedny autor ma coraz więcej na głowie. Cóż – MAM CO CHCIAŁEM. Było się wcześniej zabrać.

BAmrMh2CYAAJ5Fs

Sęk w tym, że cierpię ostatnio na przesyt grami, chociaż… praktycznie w nic nie gram. Choć wcześniej miałem ochotę np. na Crysisa 3, wielostronnicowy elaborat o tymże w „CDA” skutecznie pozbawił mnie jakiejkolwiek chęci instalowania Crytekowej perełki. Podobnie z Devil May Cry, Assassin’s Creed III… Autorzy chwalą, ja odpadam.

Zastanawiam się teraz, czy aby na pewno przenoszenie hobby/pasji na grunt obowiązków to dobry patent. Poszedłem na filologię, bo uwielbiałem literaturę. Jestem na piątym roku, a książki, które przeczytałem z własnej, nieprzymuszonej woli w ciągu ostatnich 12 miesięcy pewnie mógłbym policzyć na palcach jednej ręki (mimo to wolę tego nie robić, wynik mógłby mocno zepsuć mi humor). Po przerzuceniu większości wymaganych lektur (wszystkich po prostu fizycznie nie da się przyswoić) zwyczajnie nie mogę patrzeć na nic, co ma więcej niż sto stron. Boli.

Początkowo miałem wielką ochotę zająć się narracją w grach i ich fabularnymi powiązaniami z literaturą, ale jakiś głosik z tyłu głowy wciąż trajlował mi, że to chyba nie za dobry pomysł. „Ale czemu?” – myślałem – „Czy może być coś fajniejszego niż granie w gry w ramach przygotowania do pisania magisterki? What can possibly go wrong?” Uff, jak dobrze, że przestawiłem się na te czasopisma. Trudno mi sobie wyobrazić, jakim wstrętem napawaliby mnie Zabójcy Królów, gdybym musiał z ich trzewi wygmerać 70 stron nudnego, sformalizowanego maszynopisu. Teksty o grach to jednak ten jeden poziom oddalenia od hobby, który może okazać się zbawienny.

Czytając zatem wszystkie te recenzje – czasem lepsze, czasem gorsze, a czasem ewidentnie wymuszone terminem chałtury – raz po raz zastanawiam się, jak to możliwe, że ich autorzy, etatowi gracze, mają jeszcze siłę chwytać za pada w domu. To muszą być naprawdę silni ludzie.

House of Cards trzyma poziom. Wrażenia z drugiego sezonu (bez większych spoilerów)

22 lutego 2014 at 23:42

No i znowu muszę czekać rok, by dowiedzieć się, co u Underwooda. Rozstaliśmy się w momencie, w którym jego życie zmienia się bezpowrotnie. Naprawdę ciężko mi wyobrazić sobie, jak będzie wyglądał trzeci sezon. To świetne uczucie.

frank-underwood

Druga seria zaczęła się tak sobie. Sposób, w jaki postanowiono podejść do wątku Zoe Barnes sprawił, że byłem mocno zaniepokojony o ewolucję postaci Franka. Wiedziałem, że jest zdolny do najgorszego (pierwsza seria udowodniła to aż za dobrze), ale taka fanga w nos w pierwszym odcinku zwyczajnie mnie rozbawiła. Po głębszym przemyśleniu – i kilka odcinków dalej – uświadomiłem sobie, że akcja z Zoe niekoniecznie była oznaką nieudolności scenarzystów, ale, jak to mówią, niesmak pozostał.

Od samego początku serialu najciekawszą postacią wydawał mi się Doug Stamper, z pozoru bezwzględny pomagier Underwooda i jego uzbrojona w kastet prawa ręka. Dlaczego Frank tak mu ufa? Czemu nie boi się jego zdrady, skoro Stamper zna wszystkie mroczne sekrety? Wreszcie sam Doug: nie ma własnej rodziny, historii, własych aspiracji? Nie ma na niego haków? Co kryje się za tą pokerową twarzą?

doug-stamper

Doug jest chyba jedynym pojawiającym się w HoC bohaterem, który nie gra na dwa fronty. Ta dziwnie rozumiana uczciwość była zwyczajnie niepokojąca. Stamper pojawiał się na ekranie nieustannie, a mimo to nie wiadomo było o nim właściwie nic. W drugim sezonie jego rola jest jeszcze większa – Frank działa na zupełnie innym poziomie, więc i Doug przeskakuje na wyższe piętro domku z kart. W dodatku musi rywalizować o swoją pozycję z oślizgłym Sethem Graysonem, skutecznie odpychającym go od Underwooda. Daje to scenarzystom sposobność na zarysowanie postaci Douga mocniejszymi kolorami, ale korzystają z tego oszczędnie, każąc zwracać uwagę na każdy grymas, drobny ruch, na każde wycedzone słowo. Kreacja tego bohatera to mistrzostwo.

Gdzieś w tle nieustannych zapasów Underwooda z Raymondem Tuskiem, stanowiących główną oś sezonu, twórcy House of Cards umieszczają „zwykłych ludzi“, którymi politycy tak lubią wycierać sobie gęby. Wkręceni w tryby polityczno-medialnej machiny bez wyjątku kończą jako wraki – im przyzwoitsi, tym mocniej pokiereszowani. Może ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością, tak jak Dr House ma się nijak do realiów przeciętnego szpitala, a CSI: Miami do pracy policyjnych śledczych… A może nie?

Nie jestem pewien, czy wolę drugi sezon HoC od pierwszego. Początek był dużo bardziej, hmm, „ludzki“ – w wielowątkowej, Underwoodowskiej intrydze dało się jeszcze zauważyć jakąś namiastkę skrupułów, nikły ślad ciepła. W drugim sezonie nie ma ich praktycznie wcale i trochę boję się tego, co zobaczę w trzecim.

To świetne uczucie.

Na osłodę pozostaje zaznajomić się z wersją BBC z 1990 roku. Niestety, to tylko cztery odcinki.

Oglądajcie Nebraskę!

18 lutego 2014 at 22:10

Dzisiaj krótko, bom chory i ledwo na oczy widzę. Nie przeszkadza mi to jednak wszem i wobec polecić Wam „Nebraski” Alexandra Payne’a.

nebraska

Odkąd w 2009 roku Akademia Filmowa rozszerzyła skład filmów nominowanych do głównej kategorii z 5 do 9, co roku na szeroką ławkę rezerwowych trafiają perełki, które w innych okolicznościach nie miałaby szans na zauważenie przez szacowne gremium (oraz miliony niedzielnych kinomanów). W zeszłym roku były to dziwno-cudne „Bestie z południowych krain”, w tym padło na „Nebraskę”, której bliżej do klimatów Sundance niż oklasków w Kodak (czy tam Dolby) Theatre.

(Chociaż… Chyba trochę przekłamuję, bo poprzedni film Payne’a, „Spadkobiercy”, nominowano w pięciu kategoriach, więc nie jest on takim znowu nowicjuszem. No, w każdym razie…)

„Nebraska” to dosyć, hmm, leniwy film. Nie aż tak leniwy, jak dzieła Jarmuscha, ale i tak fabułę można by zmieścić w dwóch zdaniach: stary alkoholik otrzymuje list informujący, że adresat wygrał milion dolarów. Choć sprawa jest wyraźnie dęta, demenciejący staruszek postanawia za wszelką cenę zgłosić się po odbiór „nagrody” w odległej Nebrasce, w czym – chcąc nie chcąc – uczestniczy jego dorosły syn, któremu nigdy nie udało się nawiązać kontaktu z ojcem.

nebraska2

Nie brzmi to może porywająco, ale Payne to mistrz w obrazowaniu ludzkiej zwykłości. Stary, małomówny, podróżujący przez Stany z lipnym certyfikatem wygranej w kieszeni Woody (świetny Bruce Dern) nie staje się ani obiektem bezlitosnej kpiny (choć mógłby), ani postacią tragiczną (choć mógłby tym bardziej). Podobnie jest z resztą bohaterów. Czasem są uroczy, czasem żałośni, często bywają nudni, nielogiczni i łatwowierni. Nie świecą hollywoodzkimi uśmiechami z porcelany i nie zawsze pamiętają o grzebieniu; boją się szybkiej jazdy i przykrych wspomnień, męczą się na rodzinnych spędach, kłócą się o pieniądze, starzeją się.

Skąd my to znamy?

Można by wrzucić „Nebraskę” to szufladki z etykietą „urocze, wzruszające filmy o życiu”, ale mam wrażenie, że choć nie byłoby to pozbawione sensu, stanowiłoby jakąś ujmę dla obrazu Payne’a. No ale nie bójmy się banału. Dawno nie widziałem tak mądrego, „życiowego” filmu.